Nie mówię „żegnaj”… Życie to sztuka podejmowania decyzji i dokonywania wyborów.

Mawia się „pić to trzeba umić” ;-). A ja mawiam „żyć to trzeba umić!”. Życie to najtrudniejsza ze sztuk. Szczególnie, jeśli ma być to życie, które przynosi satysfakcję nam samym i daje coś dobrego innym. Najbardziej karkołomnym elementem życia jest chyba umiejętność dokonywania wyborów oraz podejmowania decyzji, z których każda niesie za sobą zwykle jakieś plusy dodatnie i ujemne :-).

Ja też ostatnio musiałam podjąć bardzo trudną decyzję. I zrobiłam to świadomie, a nie pod wpływem chwilowych emocji. Decyzja jest przemyślana i ma służyć czemuś konkretnemu. Otóż, na dłuższy czas muszę zawiesić działanie mojego bloga. Może to będzie pół roku przerwy, może rok lub kilka lat… Nie, nie stało się nic złego, wręcz przeciwnie.

Moi stali czytelnicy i komentatorzy pewnie zauważyli, że w ostatnich tygodniach wpisy pojawiały rzadziej niż kiedyś, a na komentarze odpowiadałam często z opóźnieniem. Otóż, oprócz prowadzenia bloga, domu oraz wychowywania dwojga dzieci, jestem zaangażowana w szereg przedsięwzięć zawodowych (również związanych z pisaniem i tworzeniem) oraz w działalność na rzecz innych. Staram się też rozwijać i dokształcać. Próba łączenia tego wszystkiego skutkowała tym, że coraz częściej sypiałam po cztery godziny, a i tak z niczym nie zdążałam. Przy okazji przepraszam za wszystkie nieodpisane lub odpisane z dużym opóźnieniem maile.

W związku z powyższym oraz z tym, że pojawiły się przede mną nowe możliwości zawodowe, musiałam dokonać wyboru. Nie mam pojęcia, czy rzeczywiście wytrzymam bez prowadzenia Konstelacji, a przede wszystkim bez Was. Ale muszę spróbować.

Chcę Wam powiedzieć coś ważnego: dla mnie, ale być może i dla Was. Odegraliście istotną rolę w moim życiu! Zarówno ci z Was, którzy zostawiali mi swoje komentarze, jak też ci, którzy nie wypowiadali się na łamach bloga – Waszą obecność też czułam. I często Waszą sympatię. Wasze problemy, radości, śmiech, samotność lub ciekawość świata i tego, co piszą inni. Wszyscy daliście mi coś wyjątkowego! Wasze odwiedziny sprawiały mi radość i dawały motywację do dalszej pracy, nie tylko nad blogiem. Wasze komentarze dawały mi wiedzę na wiele tematów, inspirację do nowych wpisów.

Ale przede wszystkim, daliście mi jeszcze silniejszą WIARĘ W LUDZI i w to, że ten świat naprawdę nie jest zły. Na tysiące komentarzy – przyjaznych, neutralnych czy krytycznych (99,9% tych negatywnych opublikowałam na blogu, bo one też mnie czegoś nauczyły) trafiło się tylko kilka, które na sekundę zachwiały moją wiarę w ludzkie dobro. Tylko kilka kropli zła na całe morze dobroci, mądrości i serdeczności. Jeśli więc ktoś zacznie mi wmawiać, że świat jest pełen nienawiści, to zapytam, z której planety przyleciał. Owszem, na świecie jest wiele zła, lecz ludzi dobrej woli jest więcej*…

Przekonałam się o tym, czytając Wasze komentarze, maile i Wasze blogi – w miarę możliwości czasowych będę się starała na nie nadal zaglądać, czasem komentować. I będę trzymała za Was kciuki! Ja sama nigdy nie chciałam zostać sławną blogerką. Blog miał mi dawać radość pisania, przyjemność dialogu z czytelnikiem oraz miał wspierać moje pozablogowe cele zawodowe – i doskonale spełnił swoją rolę.

Szkoda mi teraz przerywać blogowanie. Nie zdążyłam przygotować kilku wpisów, do których inspirację daliście mi Wy – moi czytelnicy, albo takich, które były efektem Waszych nominacji mojego bloga do różnych ciekawych akcji. Szkoda mi, bo na dysku mam prawie sto pomysłów na kolejne wpisy. Ale z drugiej strony, może opublikuję je kiedyś w innej formie niż blog? Jakiś czas temu zgłosiło się do mnie wydawnictwo z propozycją, abym napisała dla nich książkę. Jeśli ta współpraca dojdzie do skutku, książka na pewno nie ukazałaby się zbyt szybko (bo na jej stworzenie też potrzebny jest czas). Ale jakby co – dam Wam znać :-).

A teraz podziękowania. Dziękuję Onetowi za udostępnienie do blogowania świetnej, bezpłatnej platformy. Za zaproszenie mnie prawie na samym początku mojej blogerskiej przygody do Loży Kultowej. Za promowanie moich tekstów i za szybką, profesjonalną pomoc techniczną w wielu sytuacjach. Onet rządzi!

Dziękuję moim czytelnikom – tym ujawniającym się w komentarzach, mailach czy na FB oraz tym przyczajonym, ale równie dla mnie ważnym. Wielu z Was chciałabym podziękować imiennie, ale ten wpis byłby naprawdę długi. Zrobię tylko jeden wyjątek dla czytelnika, który napisał mi kiedyś, że ja i mój blog odmieniliśmy jego życie na plus – dziękuję Ci Zymi!

Uwielbiam Was wszystkich. Nie wiem jak wytrzymam bez Was na co dzień. Ale życie to ciągłe zmiany i trzeba umieć „wstawić im czoło” – jak mawiają dzieci. Łzy mi teraz napływają do oczu, ale ja zawsze byłam trochę beksa lala. To Wam przynajmniej uśmiechniętą fotkę na koniec wrzucę :-D.

zdjecie na pozegnanie - Kopia

Autor wpisu: Małgorzatka

Informacje dot. piosenki:
„Dziwny jest ten świat”
Wykonanie, muzyka i słowa – Czesław Niemen
Źródło: youtube

STATYSTYKI bloga w momencie wrzucania tego wpisu:

  • Czas prowadzenia bloga: rok i 9 m-cy
  • Wszystkich odwiedzin łącznie: 1.848.996
  • Wszystkich komentarzy: 9450
  • (za jakiś czas zamknę system komentowania)
  • Fanpage Konstelacji na Facebooku: 2089 „lubisiów”
  • Satysfakcja z prowadzenia bloga – niepoliczalna!

Dziękuję Wam – te statystyki to niby tylko cyferki, ale dzięki nim wiedziałam i czułam, że mam dla kogo pisać :-).

Muzyka, którą chcę się z Tobą podzielić. Muzyka, która prowadziła mnie przez życie.

Ten i kolejny wpis będą miały inny charakter niż ok. 170 poprzednich wpisów na tym blogu. Dziś chcę podzielić się z Wami muzyką i słowami, które z jakichś względów są dla mnie ważne: oddają moje myśli, emocje lub mnie samą, czasem wiążą się z jakimiś wspomnieniami, a czasami poruszają mnie swym przesłaniem lub urzekają pięknem. Chociaż większość tych kawałków pewnie doskonale znacie, to jednak poznając je jako moją muzykę – poznajecie moją duszę. Warto ich wysłuchać w całości. Może obudzą i w Was ważne wspomnienia lub skojarzenia? Kto nie ma czasu na całą playlistę – proponuję słuchać na nieoprocentowane raty ;-).

1. Moją listę otwiera Metallica, w utworze Nothing Else Matters. Według mnie jest to jedna z najlepszych piosenek wszechczasów. Po prostu.



2. Izrael „IZ” – Somewhere over the Rainbow. Ta niezwykła, prosta i piękna hawajska piosenka pomagała mi nieraz w trudnych chwilach. Pojawiła się stosunkowo niedawno w moim życiu, za sprawą mojego męża, mimo że jej wykonawca już dawno nie żyje. O jego wzruszającym odejściu możecie przeczytać np. w Wikipedii.



3. Aerosmith – Crazy. Bo ta piosenka mi kogoś troszkę przypomina… ;-). No i uwielbiam przy niej tańczyć!



4. KAT – Łza dla Cieniów Minionych. Kocham KATa, szczególnie jego ballady, a wśród nich najbardziej tę właśnie piosenkę. Za niewiarygodnie piękną muzykę (aż trudno uwierzyć, że mógł ją stworzyć człowiek), za wyjątkowy wokal. I przede wszystkim za tekst mówiący o tym, że człowiek może podnieść się z najboleśniejszych upadków w otchłań, że może wypłynąć na powierzchnię i zmierzać ku słońcu, nawet jeśli kiedyś tonął w mrokach. Prawie zawsze przy niej płaczę. Ale to są takie dobre łzy.



5. Alicia Keys & Jakc White – Another Way To Die – bardzo to lubię: za rytm, za dwa wybitne głosy i za bondowskie klimaty. Czasem, gdy przy tym prowadzę, przyłapuję się na tym, że dziwnie jadę – bo mi nogi zaczynają rytmicznie drgać na pedałach :-).



6. Black Sabbath – Changes. Piosenka, która w charakterystyczny dla Ozzy’ego sposób mówi, że warto pielęgnować oraz doceniać miłość i przyjaźń, by nie dopuścić do ich utraty. Taka strata bywa bezpowrotna i może zaważyć na całym naszym życiu. Ta piosenka stała się inspiracją dla jednego z moich wpisów (ZERKNIJ TU).



7. Lady Pank – Zostawcie Titanica. Dlaczego? Dlatego, że przepadam za Lady Pank. A dlaczego akurat ta piosenka? Hmm… Bo ja też wierzę, że oni tańczą wciąż…



8. Shakira & Alejandro Sanz – La Tortura. Najbardziej zmysłowa na świecie piosenka o krojeniu cebuli, śpiewana przez prześliczną dziewczynę o świetnym głosie, która przez swój naturalny urok i zwykle delikatny makijaż wygląda zjawiskowo w porównaniu do tych tandetnie „zrobionych” disco-gwiazdeczek. Lajk za choreografię, buziak za cały teledysk!



9. HEY i Kobra – Moja i Twoja nadzieja. Ponieważ pod przesłaniem tej piosenki podpisuję się wszystkimi kończynami oraz wszelkimi organami.



10. I na koniec jedna z moich „pierwszych miłości” – AC/DC, dziś w kawałku Thunderstruck. Kocham tę kapelę za energię i oczywiście za gitarę oraz „duck-walk” Angusa Younga!!!



Dedykuje Wam tych 10 piosenek, należących do nieco szerszego grona moich ulubionych. Kolejność utworów jest przypadkowa. Ale wybór tych piosenek nie jest przypadkowy. Chciałam Wam w ten sposób coś dać – dobrą energię, głębszą refleksję, pozytywne łzy, mocną nadzieję, garść ciepłych wspomnień i najszczerszy na świecie uśmiech, podszyty odrobiną szaleństwa :-D.

Autor wpisu: Małgorzatka

Źródło wszystkich utworów: youtube

Uwaga – usterka! Dziurawy i krzywy urok PRL-owskich wspomnień.

Dziś kolejna odsłona PRL-owskich reminiscencji. Pisałam już o smakach i smaczkach PRL-u, o seksualności tamtych czasów, napojach naszej młodości, a ostatnio – pisząc o życiu w blokach – przeniosłam się również na chwilę w czasy Polski Ludowej.

Teraz czas na PRL-owką jakość budownictwa, której uwagę poświęcali nawet tacy wielcy tego świata jak Stanisław Bareja! Dziś, z perspektywy czasu, to wszystko wydaje się dość zabawne. Ale tkwiąc w tym kiedyś, śmialiśmy się nieraz (lub robili to nasi rodzice) baranim głosem.

Panie, ta ściana jest dziurawa!

„Ta ściana jest krzywa!” – takie zdanie słyszało się w czasach PRL-u tysiące razy. Ale czasem okazywało się też, że ściana jest dziurawa. Jako dziecko przekonałam się o tym własnoręcznie. Miałam wtedy może z osiem lat. Mój pokój sąsiadował ścianą – oczywiście z wielkiej płyty – z dużym pokojem, w którym najczęściej urzędowali rodzice. Ściana pokryta była tapetą. Zawsze intrygowało mnie lekkie wybrzuszenie, znajdujące się pod tapetą w rogu pokoju, prawie pod zasłoną okienną, tuż nad moim tapczanem.

Razu pewnego delikatnie odkleiłam kawałek tapety. Okazało się, że wielka płyta była w tym miejscu felerna – tak jakby miała wewnątrz dziurę średnicy mandarynki, zatkaną na szybko cementem. A jako dziecko dociekliwe tak gmerałam przy tej „plombie”, aż pewnego dnia wydłubałam dziurę na wylot. Dzięki temu ze swojego pokoju widziałam fragment dużego pokoju, a ściślej – telewizor!!! Takim to sposobem obejrzałam swoje pierwsze, nocne filmy dla dorosłych, w ciągu dnia zakrywając dziurę tapetą. A że wówczas tapety często się trochę odklejały, to przez jakiś czas sztuczka mi się udawała.

Ktoś mnie zadźgał w wannie!!!

Z kolei jako starsze dziecko miałam zwyczaj długo pławić się w wannie. Kładłam obok jabłka, picie, brałam książkę. A czasami relaksowałam się z zamkniętymi oczami. W tamtych czasach zdarzało się, że z kranu leciała rdzawa woda. Ale raz, napuszczając wodę, przymknęłam oczy i zapadłam w drzemkę. Gdy się ocknęłam – omal nie umarłam ze strachu! Po pierwsze woda się prawie wylewała z wanny, a po drugie była tak intensywnie rdzawoczerwona, że z resztkami snu w głowie przez moment myślałam, iż ktoś mnie zabił!

Obcy na parapecie i lufcik, który potrafił zaatakować

Za czasów Polski Ludowej rzeczą naturalną były też drewniane, krzywe i nieszczelne okna w blokach. I nikt się nie dziwił temu, że z tych okien wiało podczas wichur oraz ciekło podczas większych deszczy. Ale raz zdziwiła się cała moja rodzina, gdy po dłuższej nieobecności w domu (mógł to być wyjazd na ferie) okazało się, że na drewnianym, wiecznie wilgotnym parapecie w moim pokoju wyrósł obcy! Wyglądało to jak rozrzucony na desce spory kalafior, tylko kolor miało brązowo czarny. Do dziś mam ciarki, gdy sobie to coś przypomnę.

Urokliwe były też lufciki w oknach. Moja niania mówiła na lufcik, z twardym, niemieckim akcentem: oberluft! Pamiętam, że musiałyśmy wchodzić z mamą na kuchenny stół, aby otworzyć tamtejszy lufcik, ponieważ – jak mawiali niektórzy – oberluft oblatał. Nasz też czasem oblatał, dlatego bezpieczniej było wleźć na stół i otwierać go jedną dłonią, asekurując drugą.

Byle jakie budownictwo, ale nie byle jakie wspomnienia!

PRL-owskie usterki miały tysiące oblicz. A to drzwi wejściowe do mieszkań były prawie z dykty. Jak się ktoś upił i zgubił klucz lub zaciął wewnątrz to czasem zamiast ślusarza wystarczył rosły, dobrze rozpędzony sąsiad. A to znowu zabierali gaz lub prąd – w tym pierwszym przypadku, aby ugotować dzieciom strawę, wyciągano awaryjne, małe kuchenki elektryczne, z których po rozgrzaniu straszliwie śmierdziało. Z kolei gdy zabrali prąd – dzieci bawiły się świeczkami i zapałkami, a dorośli też się bawili po swojemu… Bo cóż innego robić po ciemnicy?

Z rozrzewnieniem wspominamy też wypadające z drzwi klamki, które nieraz zostawały nam w rękach. Albo zacinające się spłuczki w WC – woda często albo nie chciała lecieć wcale, albo leciała tak, że od razu w pakiecie było mycie tyłka i przodka. Ja mam też sentyment do rur na wierzchu.

PRL rura - Kopia

Jedna z takich rur była u nas nad kuchenką gazową (z której – nawiasem mówiąc – czasem buchał taki płomień, że aż brwi depilował). Na tej rurze rodzice wieszali swojską kiełbasę, która pod wpływem ciepła z kuchenki szybciej się suszyła. Ech, to były czasy!

Pomimo tych wszystkich usterek, większość z nas wspomina tamten okres z pewnym sentymentem. Tam zostawiliśmy nasze dzieciństwo lub młodość, nasze pierwsze miłości, pierwsze spełniające się marzenia – choćby o Fiaciku lub własnym M. I co ważne, w tamtych czasach ludzie musieli trzymać się razem, wobec wielkiej, zewnętrznej i czasem brutalnej siły, jaką był system polityczny. A trzymając się w przysłowiowej kupie, razem łatali te wszystkie dziury, naprawiali usterki, pożyczali sobie młotków, wiertarek, cementu, a jak było trzeba to i pieniędzy. I nikt nie pytał o odsetki, ewentualnie żartem o flaszkę, którą zresztą też rozpijano potem razem :-).

Autor wpisu: Małgorzatka

Informacje dot. zdjęcia:
Fot. TVP
Źródło: www.tvp.pl
Kadr z filmu „Alternatywy 4”, reż. Stanisław Bareja.

Krótka opowieść o kamieniu, który może zmienić Twoje życie

Pewnego razu brzegiem jeziora szły dwie kobiety – starsza i młodsza. Obie ładne, inteligentne, choć może trochę samotne… Nagle spostrzegły leżące tuż przy wodzie dwa przepiękne kamyki – ciemne, błyszczące, miejscami gładkie i owalne, a miejscami ostre i intrygująco kanciaste. Leżały, połyskując kusząco w słońcu. Wystarczyło się schylić.

Kobiety nie mogły się oprzeć pokusie – każda wzięła po jednym w swoją dłoń. Spacerowały z nimi wzdłuż brzegu, miło rozmawiając. W końcu poczuły popołudniowy chłód. I wtedy starszej kobiecie coś się przypomniało. Stanęła, popatrzyła na kamień w swojej dłoni i odłożyła go na brzeg jeziora, mówiąc do młodszej dziwnym głosem:
- Tobie radzę zrobić to samo.
- Ale on mi się tak podoba! – powiedziała z entuzjazmem młodsza – jest wyjątkowy! Mam wrażenie, że drugiego takiego już nie znajdę. Muszę go wziąć do domu! Muszę go mieć! Muszę!!!
- Rób co chcesz, ale pamiętaj, że to tylko kamień.

* * *

Pięć lat później. Starsza kobieta spaceruje po parku. Już nie jest samotna. Obok niej idzie mężczyzna, trzymając ją za rękę. Nagle kobieta dostrzega koleżankę z przeszłości, która kiedyś chodziła z nią na spacery wokół jeziora. Koleżanka idzie sama przez park. Pali papierosa. Witają się. Młodsza kobieta pyta, czy mogłaby ze starszą zamienić kilka słów. Mężczyzna taktownie odchodzi na jakiś czas. Młodsza pyta starszą chłodnym, matowym głosem:
- Dlaczego mi go nie wyrwałaś z dłoni i nie rzuciłaś w otchłań jeziora?
- Nie mogłam. Tylko ty sama mogłaś to zrobić.
- Byłam taka głupia! A ty wiedziałaś, prawda?

Wiedziałam. Bo też kiedyś byłam taka głupia. Ale z kamieniami właśnie tak jest – najpierw wydają się ciekawe, a nawet szlachetne. Często są bardzo piękne, mocne i twarde – a to zawsze imponuje kobiecie. Bierzesz go do domu. I tracisz dla niego głowę.

Mija czas. Póki ty go ogrzewasz swoim sercem, on jest w stanie oddać ci trochę ciepła – jak każdy kamień, który się długo trzyma w ciepłym miejscu. Ale gdy przestajesz go ogrzewać, bo już nie masz siły – stygnie. I sam z siebie nie nigdy wygeneruje ciepła.

Strasznie ciężko jest się przebić do jego wnętrza. W końcu to kamień, a nie pączek z marmoladą. Rzadko komu się udaje dostać do serca kamienia, to znaczy do samego środka. A nawet jeśli już ktoś posiądzie tę sztukę i swoim żarem, czułością, oddaniem dowierci się do jego wnętrza – przez jakiś czas bywa dobrze. Ale prędzej czy później i tak poczujesz się, jakbyś była sama w chłodnej, kamiennej sali. Jest tam telewizor, wieża stereo, stół, łóżko i trochę innych sprzętów. Jednak gdy coś powiesz głośniej, np. gdy zawołasz „Kocham Cię” – to Twój głos odbije się echem o kamienne ściany. I nie usłyszysz nic więcej.
- To co ja mam teraz zrobić? – zapytała smutno młodsza kobieta.
- Nie wiem. Kamień to kamień. Możesz go zostawić przy sobie, godząc się z jego naturą lub licząc, że kiedyś zamieni się w żywą, czującą tkankę. Możesz rzucić – na pewno szybko poleci w dal. To nie gołąbek, żeby wrócił do ciebie na skrzydłach. Nie ma dobrego sposobu, cudownej rady, co zrobić z kamieniem, który jakimś sposobem stał się głównym bohaterem twojego życia.

Dlatego jeśli jakaś kobieta lub jakiś mężczyzna nie jest typem człowieka, który potrafi dźwigać ze sobą przez życie ciężar zimnego kamienia, musi wykazać się rozsądkiem i ostrożnością już na samym początku. Nie tylko nie wolno zabierać kamienia do domu, kłaść go w dużym pokoju czy w sypialni, ale nawet nie powinno się go brać do ręki. Nie należy go ogrzewać w dłoniach, bo wówczas własne ciepło można pomylić z jego domniemanym ciepłem.

Młodsza kobieta pokiwała głową ze smutnym zrozumieniem i odeszła. Starsza wiedziała, że nie może już nic dla tamtej zrobić. Tak jak nie mogła zamiast niej rzucić wtedy kamienia do jeziora, bo wiedziała, że tamta skoczy za nim. Nie tylko do wody, ale nawet w ogień…

kamien - Kopia

Autor wpisu: Małgorzatka

Informacje dot. zdjęcia:
FOT. Elena Kalis
Źródło: elenakalisphoto.com
Projekt: Princess60a

Alkoholowe orędzie noworoczne z przymrużeniem oka

Z Nowym Rokiem nowym krokiem! Zawsze to zawołanie kojarzyło mi się bardziej z dezodorantem do higieny intymnej niż z życzeniami noworocznymi. Dlatego ja Wam nie będę życzyć nowego kroku, tylko nieco innych rzeczy w 2015 roku.

Życzę Wam, moim drodzy, aby ten rok przyniósł Wam stabilizację w tych sferach Waszego życia, które już teraz są dobre i satysfakcjonujące dla Was oraz wiele wyraźnych, pozytywnych zmian w tych obszarach, w których czujecie niedosyt, niespełnienie lub niepokój. Jednym słowem – niech to będzie dla nas wszystkich rok pozytywnych zmian! Niech się ziści to, czego tak bardzo pragniecie.

Mam nadzieję, że dziś nie macie posylwestrowego kaca-giganta? A skoro już jesteśmy przy temacie alkoholu, to przypomina mi się parę zabawnych lub zaskakujących numerów, związanych z jego spożyciem.

Otóż mój tata wybrał się lata temu z kumplami na ryby. Przed zarzuceniem wędek wypili przysłowiową „krzynkę” piwa, racząc się też różnorodną zagrychą. Gdy w końcu zaczęli wędkować okazało się, że ryby złośliwie nie biorą tego dnia. Aż do momentu, gdy jeden z wędkarzy siedzący na dość stromym brzegu, nachylił się mocno nad taflą wody. Wówczas mu się ulało. Nawet nie był to podobno klasyczny paw, tylko cofka z przepicia i przejedzenia. Chwilę potem panom zaczęło się niezłe branie…

Innym znów razem moi rodzice poszli na imieniny do znajomych. Mnóstwo ludzi, jedzenia, picia, zabawne rozmowy przy stole. Pan domu żywiołowo uczestniczył w dyskusjach. Nagle jednak zachciało mu się do toalety. Ale szkoda mu było odchodzić od stołu, aby nie uronić ni krzty ciekawej dyskusji. W końcu nie wytrzymał i odszedł chwiejnym krokiem w kierunku pobliskiego przedpokoju.

Na jego szczęście i zarazem na nieszczęście domowników, kibelek znajdował się blisko dużego pokoju (jak to w blokach z wielkiej płyty bywało). Pan domu niewiele myśląc, opuścił porty, zasiadł na tronie i wychylił się górną częścią ciała z malutkiej, blokowej toalety, nadal uczestnicząc w konwersacji :-d.

Przypomina mi się jeszcze wiele niestandardowych przypadków związanych z alkoholem: jak teściowie, za czasów dzieciństwa mojego męża, wyjechali odpocząć na wczasy. A gdy wrócili okazało się, że muszą na gwałt robić gruntowny, nieplanowany remont kuchni, ponieważ stojący w niej baniak z młodym winem wybuchł tak spektakularnie, że czerwone winko i owoce były nawet na suficie!

Albo jak się zdziwiłam, gdy zamieszkałam z moim mężem i okazało się, że po wypiciu większej ilości alkoholu (co mu się na szczęście nie często zdarza) ma on dziwny zwyczaj spania zupełnie nago na zimnych kafelkach w łazience. Gdy za pierwszym razem, idąc w nocy po ciemku na siusiu, potknęłam się o jego nagie, leżące na ziemi ciało – przestraszyłam się bardzo. Dziś już wiem, że on się w ten sposób chłodzi i przynajmniej częściowo unika efektu helikoptera – twierdzi, że to mu pomaga.

Historie alkoholowe – temat rzeka, często zabarwiona śmiechem. Pewnie i Wy macie w zanadrzu niejedną rozbrajającą opowieść z flaszką w roli głównej ;-). Byleby nie pić za dużo i za często – bo wówczas to, co mogłoby być śmieszne, zaczyna nas martwić.


Autor wpisu: Małgorzatka

Informacje dot. piosenki/wideoklipu:
CeZik & KlejNuty (feat. Sting) – „Wóda to śmierć”
źródło: youtube

Zwariowany, domowy zwierzyniec czyli numery naszych milusińskich

Lubię zwierzęta domowe (z wyjątkiem pająków) i zawsze w naszej rodzinie jakieś były. Aktualnie mam na przykład gekona. A skoro gekona, to niestety i robale, którymi ów się raczy żywić.

Miałam też, jako dziecko, pieska – teriera nieczystej krwi. Kochałam go wielką miłością, mimo że mój tata określał pupila mianem Półidioty. Pies bowiem pod wieloma względami był bardzo inteligentny, np. rozumiał prawie wszystko, co się do niego mówiło. Miał jednak sfery, w których wykazywał się bezdenną głupotą, ot choćby jego ciągłe ucieczki z domu i błądzenie po okolicy. Ale skoro tata mówił o psiaku „Półidiota” to myślałam, że nie jest tak źle – że tacie chodzi tylko o tę jedną, głupkowatą stronę psiej osobowości i że docenia tę drugą, mądrzejszą. Dopiero gdy byłam starsza zorientowałam się, że określenie półidiota oznacza idiotę tak wielkiego, że nawet nie zasługującego na miano całego idioty :-d.

Mój terierek wycinał setki numerów. Kiedy spędzaliśmy lato na działce, regularnie uciekał w las, szukając przygód. A potem (Półidiota) nie wiedział, jak wrócić. Gdy mijało kilka dni i psa nie było, zalewałam się gorzkimi, dziecięcymi łzami. Toteż ojciec, chcąc nie chcąc, wsiadał do samochodu i szukał uciekiniera po pobliskich wsiach. Znajdował go zwykle uwiązanego przy jakiejś chałupie i wykupywał go za flaszkę.

Pies odstawiał też numery „trawienne”. Lubił sobie rzygnąć lub nafajdać w najmniej odpowiednim momencie. Kiedyś na przykład, już jako młodsza nastolatka, szłam z nim na smyczy przez miasto. Przechodziłam właśnie na światłach przez szeroką ulicę. Po jej drugiej stronie dostrzegłam grupę chłopców, z których jeden już od dawna mi się podobał. Wiadomo więc, że chciałam wypaść jak najlepiej. Tymczasem mój pupil zgarbił się na środku jezdni i począł wypuszczać na zebrę kasztany. Światło zaczęło migać i zmieniło się w czerwone, a ten się zaparł i (za przeproszeniem) srał zamiast iść. Samochody zaczęły nadjeżdżać i trąbić, a z chodnika dobiegł mnie tylko rechot chłopaków. Chciałam umrzeć ;-).

Jeśli już jesteśmy przy psich tematach gastrycznych, to moi wujkowie mieli suczkę, która często popiardywała. I zawsze w takich chwilach była wyganiana z pokoju za pomocą komentarzy domowników na temat smrodu. Wyrobiła sobie już taki odruch, że gdy tylko ktoś w domu powiedział np. „Co tak śmierdzi?” – to bez względu na to, czy miała coś na sumieniu, czy nie, od razu znikała.

Ale jeden z najmocniejszych psich numerów wyciął pies mojej koleżanki, mieszkającej w bloku niedaleko mnie. Wyleciał raz, jak zwykle, na spacer po osiedlu i… wrócił po pięciu latach, jakby nigdy nic!

Inne zwierzęta, na przykład gryzonie, też odstawiają niezłe numery. Mieliśmy kiedyś w domu rodzinnym mysz Cnotkę-Niewydymkę. Gdy była już w wieku rębnym, dokupiliśmy jej z bratem dorodnego samca. Wpuściliśmy go do jej akwarium. On do niej w zaloty, a ta stanęła na tylnych łapach, przednie wzniosła do góry (prosząc niebiosa o pomoc???) i tak wrzeszczała, tak odganiała amanta, że musieliśmy go odizolować. Próby zbliżenia powtarzaliśmy wielokrotnie. Bez rezultatu. Mysz nigdy nie dopuściła kawalera. Wybrała życie w celibacie.

Parę lat temu mieliśmy też chomika, który wszystko przegryzał. Nawet gdy po zakupie wieźliśmy go w specjalnym pudełku ze sklepu zoologicznego, w drodze do domu zdążył wygryźć dziurę w „transporterze” i musieliśmy go wciskać palcami do środka, a on próbował nas kąsać. Potem się już bardzo oswoił, uwielbiał pieszczoty, ale dziury wygryzał nadal.

Chomik1 - Kopia

Pewnej nocy przegryzł plastikową obudowę terrarium i urządził sobie zwiedzanie mieszkania. Jednak lata przyjaźni chomiczo-ludzkiej zrobiły swoje. Gdy obleciał już cały dom, przydreptał do naszej małżeńskiej sypialni. A że jeszcze nie dorobiliśmy się łóżka, tylko spaliśmy na materacu, chomik wspiął się na zwisającą nad ziemią dłoń męża i tam grzecznie czekał, aż pan się obudził i mocno zdziwił.

Chomik żył bardzo długo, został pochowany z honorami i wspominamy go czule do dziś. Kto sam ma i kocha zwierzęta, ten doskonale to zrozumie :-).

Autor wpisu: Małgorzatka

Prawdziwa magia Świąt ma ości, zakalca i krzywe gałązki.

Święta Bożego Narodzenia są idealne, magiczne i bezproblemowe – ale głównie w filmach i serialach, szczególnie amerykańskich. A w życiu, jak w życiu: choinka bywa krzywa i przedwcześnie się sypie. Karp za bardzo wali mułem, a babci weszła ość w dziąsło. Ciasto trochę za słabo wyrosło. Schab wyszedł nieco za suchy. Grzybowa jest co prawda super, a nowe bombki prezentują się świetnie, ale za to za oknem zamiast iskrzącego się bajecznie śniegu jest plucha i zawierucha. Wszyscy się za bardzo przeżarli (że posilę się kolokwializmem), a ojciec zasnął przy telewizorze, z pilotem w ręku i z torebką po prezencie pod nogami.

Skąd my to znamy?… A jednak te wszystkie małe niedoskonałości nie ujmują Świętom Bożego Narodzenia ani trochę ich prawdziwej mocy. Magia Świąt polega na tym, że coś się dzieje z nami samymi. Że czujemy coś dobrego w powietrzu – dla wierzących jest to narodzenie Pana, dla pozostałych jest to odrodzenie wielu pozytywnych uczuć: nadziei na lepsze jutro, czułości i cierpliwości, której może ostatnio trochę brakowało… Jeszcze raz rodzi się w nas wiara, że Święta przyniosą nam małe cuda, lepsze jutro i dużo dobrego w Nowym Roku.

I jeśli naprawdę tego chcemy, jeśli bardzo w to wierzymy, jeśli jesteśmy gotowi kochać, wybaczać i pracować nad tym, co tak naprawdę jest najważniejsze w naszym życiu – wówczas w Święta zaczynają się dziać cuda! Wielkie cuda pozytywnych zmian, ale też małe cuda życia codziennego.

Nagle zalatujący mułem karp zaczyna nam i tak bardzo smakować. Krzywa choinka wydaje się całkiem ładna. A nasz stary, kimający w fotelu przed ekranem, na którym leci Pasterka, zaczyna nas rozczulać. Ile to już wspólnych lat, ile trudnych i pięknych chwil razem… Nagle chwytamy za telefon i dzwonimy do kogoś, komu jesteśmy winni przeprosiny, wyjaśnienie, albo po prostu dobre słowo. Innymi oczami patrzymy też na rozwrzeszczane dzieci, hałaśliwych sąsiadów i wredną koleżankę – ona też ma swoje problemy, ale w gruncie rzeczy przecież dobry z niej człowiek.

Nagle chcemy się częściej przytulać, częściej śmiać, więcej być razem. A przez usta jakoś łatwiej przechodzą nam takie słowa, jak: przepraszam, dziękuję Ci, kocham Cię.

No i co? Czy to nie jest potężniejsza moc niż sunące po niebie sanie w amerykańskich filmach? Niech się te wszystkie sanie, renifery i fajerwerki schowają! Bóg się rodzi, moc truchleje!!! A ktoś, po kim byśmy się już tego chyba nie spodziewali, nagle przesyła nam życzenia lub tuli nas serdecznie.

Tlo2-Kopia.jpg

Życzę moich kochanym czytelnikom
Świąt Bożego Narodzenia przepełnionych prawdziwymi cudami.

Małgorzatka

FOT. źródło: www.imperiumtapet.com

Prawdziwe życie blokowe – nasze własne „Alternatywy” :-D.

Życie w bloku ma swoje zady i walety – jak mawiała moja polonistka. Ja przez większość życia mieszkałam w bloku, również jako dziecko. A w bloku, jak to w bloku – zdarzają się różne mniej czy bardziej zabawne historie, prawie jak w serialu „Alternatywy 4”. I nie mam tu na myśli wyłącznie własnych wspomnień, ale również mnóstwo zasłyszanych opowieści. Podejrzewam, że Wy też moglibyście przytoczyć niejedną, rozbrajającą, blokową historię!

zycie w bloku - Kopia

Śledczy hydraulik

Za czasów mojego dzieciństwa była u nas w bloku niezła, hydrauliczna afera! Otóż przez dłuższy czas w jednym z pionów regularnie przytykały się rury od kanalizacji. Nie aż tak, żeby nic nie działało. Ale drożność zmniejszała się na tyle, że klocki spływały znacznie wolniej. A u jednych sąsiadów nawet parę razy wszystko poszło do góry. Blokowy hydraulik miał twardy, a raczej śmierdzący orzech do zgryzienia. Po kilku interwencjach wytropił pewną prawidłowość.

Otóż u jednych sąsiadów, podczas wielokrotnych ceremoniałów oczyszczania rur, nasz śledczy hydraulik prawie zawsze wyciągał z kibla jakieś żółto-szare szmaty, zwinięte w gałgan, który prawdopodobnie był przyczyną niedrożności. Właściciele mieszkania zarzekali się przed hydraulikiem, że żadne z nich niczego takiego nie wrzuca do wuceta. W wyniku dalszych czynności śledczo-hydraulicznych okazało się, że sprawczynią zamieszania była babcia-starowinka, która cichutko jak myszka zamieszkiwała w jednym z pokoi. Za dnia niekłopotliwa, spokojna i miła – w nocy zamieniała się w kanalizacyjnego potwora. Regularnie wrzucała do muszli… swoje własne majty!!!

Sąsiad Grzmotomiot

Z kolei tuż nad mieszkaniem moich rodziców żył sobie pan sąsiad dość słusznej wagi. Nie wchodziliśmy sobie wzajemnie w drogę. Ale była w nim jedna rzecz, która mnie czasem stresowała. Już jako dziecko uwielbiałam pławić się długo w wannie, w gorącej wodzie. Obok stawiałam sobie picie, jabłuszko, cukierki, jakąś książeczkę – i moczyłam się jak syrenka.

Było to bardzo miłe, pod warunkiem, że w tym samym czasie kąpieli nie brał gruby sąsiad z góry. Gdy niechcący się zsynchronizowaliśmy, nie tylko musiałam wysłuchiwać całych arii jego tubalnych bulgotników podwodnych (jabłuszka już nie byłam w stanie tknąć), ale autentycznie się chwilami bałam! Dziecięca wyobraźnia podsuwała mi katastroficzne wizje, że kiedyś ta jego wanna i strop nie wytrzymają naporu ciężkiego ciała oraz wody i że przy kolejnym porywistym bąku to wszystko runie, miażdżąc mnie na kwaśnie jabłko.

Łóżkowy wędrowiec

Z kolei moja przyjaciółka opowiadała mi o pewnym zdarzeniu w jej bloku. Jeden z sąsiadów wracał nocą do domu na ostrej bani. Były to czasy PRL-u, więc nie tylko drzwi do mieszkań często były takie same, ale identyczny bywał rozkład pomieszczeń, a nawet niektóre meble! Poza tym ludzie nie ryglowali tak mieszkań jak dziś. Zdarzało się nawet, że ktoś zapomniał zakluczyć drzwi na noc.

Tym sposobem pijany sąsiad wtratował się do mieszkania piętro niżej niż jego własne. Wlazł do małego pokoju, zlokalizowanego tuż przy drzwiach, zrzucił łachy i zasnął słodko na tapczanie swoich sąsiadów.

Wspomnień czar…

Przypomina mi się jeszcze wiele blokowych historyjek z bliższej i dalszej przeszłości: jak ludzie, którym zacięły się drzwi lub którzy w pijackim transie zgubili klucz – przechodzili do swoich mieszkań przez balkony sąsiadów. Jak za czasów Polski Ludowej pół osiedla tłukło w niedzielę schabowe, a echo niosło te dźwięki, niczym odgłosy prac zbiorowych w kamieniołomach.

Albo jak na moim osiedlu pojawił się jakiś spory gryzoń (pewnie przybysz z pobliskich łąk), który w panice schował się przed dziećmi do rynny, wydając piski przerażenia. Do gromady dzieci podszedł wówczas nadworny elektryk osiedlowy, zajrzał do rynny i obwieścił wszystkim zgromadzonym:
- Drogie dzieci. To nie jest żadna kuna, fretka, łasica ani nutria. Ja wam powiem, co to jest. To jest piskorz!!!

Autor wpisu: Małgorzatka

Informacje dot. zdjęcia:
Fot. PAT
Ujęcie z filmu „Alternatywy 4”, reż. Stanisław Bareja
Źródło zdjęcia: kielce.gazeta.pl

Wielkie dzięki za lajki/udostępnienia pojawiające się przy niektórych wpisach!
I zapraszam do polubienia Konstelacji na Facebooku :-) :-) :-)
Kliknij, aby zobaczyć stronę: 474446315968262?ref=hl

Mój drugi blogowy urlop – jak odpoczywać, to na obie nóżki!

Parę tygodni temu przyznałam sama sobie – po raz pierwszy odkąd prowadzę Konstelacje – mój pierwszy blogowy urlop, w wymiarze 2 dni (słownie – dwa dni kalendarzowe). Całą oprawę do tego szumnego wypoczynku opisałam TUTAJ. Klikając właśnie tam dowiecie się m.in. dlaczego komentarze, które napiszecie w poniedziałek lub wtorek ukażą się na blogu pewnie dopiero w środę.

Teraz postanowiłam zrobić sobie powtórkę z rozrywki. Podanie zostało rozpatrzone pozytywnie (przeze mnie). Wyjeżdżam na urlop! Przede mną 48 godzin błogiego oderwania od nurtu codziennych spraw. Boże, co ja zrobię z taką kupą czasu!!! ;-).

Opuszczając Was, zostawiam Wam jednakowoż (bardzo lubię to słowo) mały, muzyczny prezent. Być może znacie ten kawałek. A może usłyszycie go pierwszy raz? Kliknijcie, bo warto. To jedna z ładniejszych piosenek i jeden z najciekawszych wideoklipów, jakie odkryłam w ciągu ostatnich kilku lat. Piękno prostoty. Najczęściej słucham trochę bardziej rockowych kawałków, ale tej magicznej piosence uległam całkowicie.

Pozdrawiam Was magicznie.
Tęsknijcie za mną chociaż troszkę ;-).
Ja za Wami na pewno będę tęsknić.

Małgorzatka

Rozbrajające pytania, jakie zadają nam dzieci :-D.

Dzieci to wdzięczny temat. Szczególnie, jeśli się go nie przesłodzi. Ja o dzieciakach lubię pisać tak zupełnie „soute”, bez lukrowej panierki. O numerach, jakie potrafią wycinać najmłodsi pisałam m.in. TU. A dziś z nieco innej beczki.

Dzieci potrafią zadawać najbardziej zdumiewające, absurdalne, zabawne, kłopotliwe, ale też inspirujące pytania na świecie! Pamiętam to  z własnego dzieciństwa. A później jako mama utwierdziłam się tylko w tym przekonaniu, słysząc w często pytania tego typu:

- Mamo, mogę mieć węża?
- Nigdy w życiu, córeczko! Dopóki mieszkasz pod naszym dachem to zapomnij o wężu.
- Ale dlaczego?
- Bo jakby tak kiedyś wyszedł z akwarium i do mnie w nocy przypełzł, to bym umarła na zawał.
- A jeśli okaże się, że jest odmiana jakichś małych węży, które nigdy nie wychodzą z akwarium, to mogę?
- Nie.
- Dlaczego?
- Yyy…

- Tatuś, dasz mi te pieniążki papierkowe?
- Ale tu jest prawie 100 złotych! Po co ci tyle pieniędzy?
- Bo ja zbieram takie papierki.
- No widzisz, problem w tym, że ja też zbieram…

 ***

Mamuniu, jakbyś nazwała lwa, który jest przebrany za żyrafę, która udaje, że jest królikiem?

Co byś wolała: nie mieć ręki czy nogi?

Mamusiu, a czy ty jeszcze kiedyś będziesz mała?

Zobacz mamo do nocnika! Zrobiłam całą rodzinę kupek: mama kupka, tata kupka i dziecko kupka. A czy jak spuścimy to w ubikacji, to oni się odnajdą w morzu?

Mamo, mamo!!! Niechcący zjadłam przeterminowany jogurt! Czy ja od tego zdechnę?

- Tatusiu, ile miałeś lat jak zacząłeś uprawiać seks?
- Oj…

Skoro mawia się, że nie ma głupich pytań, a jedynie głupie odpowiedzi, oznacza to, że my, dorośli musimy się nieraz porządnie nagimnastykować, żeby w miarę mądrze odpowiedzieć na te dziecięce zagajenia. Bo nie ma nic gorszeni niż kompromitacja w oczach dziecka! ;-)

Dzieciece pytania - Kopia

Autor wpisu: Małgorzatka

Informacje dot. zdjęcia:
FOT. Elena Kalis
Źródło: elenakalisphoto.com
Projekt: Underwater

Wielkie dzięki za lajki/udostępnienia pojawiające się przy niektórych wpisach!
I zapraszam do polubienia Konstelacji na Facebooku :-) :-) :-)
Kliknij, aby zobaczyć stronę: 474446315968262?ref=hl